Czarnogóra 17.09-28.09.2016

Pojechała na Czarnogórę grupa mała, ale zgrana. Dodatkowo “pozytywna”, z dobrą enrgią, czyli taka o jakiej marzy każdy pilot i rezydent.Podróż długa, tym bardziej nocleg w Serbii okazał się dobrym pomysłem, a z Nowego Sadu jeszcze kawał drogi do Dobrej Vody w Czarnogórze.Górskie widoki zrekompensowały trudy podróży, a im bliżej Montenegro, tym bardziej zmęczenie ustępowało.

Na miejscu czekają na nas z kolacją: hotel piękny, pastelowo elegancki, nad samym morzem, obsługa miła, kolacja syta, domowa. Rekonesans okolicy nazajutrz nastroił nas pozytywnie: wkoło sklepy, stragany z owocami, oliwa, rakija, loza, bary, restauracje, plaża żwirkowa, miejscami piasek i piękne skały. Wszędzie towarzyszą nam psy - i tak już będzie do samego końca pobytu w Dobrej Vodzie. Miejscowi o nie dbają, a stworzenia odwdzięczają się wierną służbą i czujnością od rana do wieczora. Kto był w Chorwacji zna “kocie historie”, a tu w Czarnogórze - wierne psiska.
Zorganizowana nazajutrz w restauracji hotelu “Ponta” impreza zwana “wieczorkiem zapoznawczym “ wypaliła, chociaż jak wiadomo najbardziej lubimy to co znamy, a regionalne rytmy bałkańskie nie wszystkich od razu porwały do tańca. Przykład jednak dała jedna z Pań, która odpowiedziała na zaproszenie do tańca młodego Czarnogórca (jak tu odmówic takiemu przystojniakowi?) i pokazała jak tańczyć to czego nie znamy.
Intensywne plażowanie i kąpiele morskie przerywaliśmy wyjazdami na zwiedzanie riwiery czarnogórskiej (Budva, Stari Bar), zacnego Kotoru i jego zatoki (rejs Boką Kotorską wraz z Perastem i wyspą Marii na Skale) oraz na długą wycieczkę do Albanii. Ta ostatnia wzbudzała największą ciekawość i zapokoiliśmy ją z wielką satysfakcją. Na muzułmańskim bazarze w Krui szał zakupów udzielił się nawet panom, a po nim czekała na nas zasłużona przerwa na lokalne specjaly: słodkie kabuni, wytrawne tava, pivo Tirana. Stolica zaskoczyła wszystkich - jedna droga tam prowadzi przez “bałkańskie klimaty”, a tu nagle eleganckie, szerokie arterie wysadzane palmami i platanami, rozległe parki, nowoczesne wieżowce, czyste przestrzenie. Słowem-metropolia. Na granicy ostatnie zakupy- chałwa, baklawa, oliwa z oliwek. Nasz przewodnik Alan zna doskonale sposób szybkiego przekraczania granicy pozostawiając nas w niemym podziwie nad tym lokalnym sposobem współdziałania i koegzystencji.
Kotor i Zatoka Kotorska zachwyciły wszystkich uczestników wycieczki: majestatyczny Lovcen, mury obronne Wenecjan pnące się po wzgórzach w obronie przed Turkami, dzwonnice kościołów jak na lagunach, szary kamień pałaców i wąskich uliczek. Potem rejs niewielkim statkiem do Perastu-miasta admirałów i kapitanów floty walczących przez dziesięciolecia z Turkami, ale po drodze jeszcze krótka przerwa na zwiedzanie wyspy Marii na Skale z widokiem na pobliską Wyspę Umarłych. Był tu też kiedyś słynny malarz Boecklin i dlatego namalował “Wyspę śmierci”- obraz tak słynny, że w swoich domach kopie wyspy z cyprysami miał co drugi bogaty Wiedeńczyk. Wisienką na torcie okazał się słynny Port Montenegro wybudowany na miejscu dawnych koszar austro-węgierskich przez milionera kanadyjskiego.  W tym roku odsprzedany szejkowi arabskiemu pilnowany jest teraz staranniej - na “dzien dobry” kontakt ze strażnikiem, no i parking płatny. Ale warto było  i tam zajechać: gustowna architektura high lifu, egzotyczna roślinność, jachty milionerów pod banderami całego świata, czyli Lazurowe Wybrzeże na czarnogórskiej riwierze.
Życie codzienne hotelowo-plażowe urozmaicaliśmy sobie codzienną poranną gimnastyką nad brzegiem morza, a dopiero po niej śniadanie. Grupa sportowa była niewielka, ale wierna ideii zdrowego rozpoczęcia dnia. Hotelowy basen kusił, ale większość wolała zdrową, zasoloną wodę Adriatyku.
Konkurs wiedzy o Montenegro i jego sąsiadach, z owocowymi i pamiątkowymi nagrodami przed nami, a potem już długa powrotna droga do kraju. Trzeba ubrać się ciepło.